2014-10-13 06:21:00

Na nartach z najwyższych szczytów Ziemi

1/5
26-latek jest pierwszym Polakiem i drugą osobą na świecie, która zjechała z Manaslu
fot: Marcin Kin

21 godzin i 14 minut - dokładnie tyle zajęła Andrzejowi Bargielowi droga z bazy na szczyt ośmiotysięcznika Manaslu w Nepalu i zjazd z niego na nartach. Tym samym 25 września Polak pobił rekord szybkości należący wcześniej do Niemca Benedikta Boehma i powtórzył swój wyczyn sprzed roku, kiedy to zjechał z położonej w Chinach Shishapangmy. 26-latek to utytułowany narciarz wysokogórski i obiecujący himalaista. Pochodzi ze wsi Łętownia w województwie małopolskim, ma dziesiątkę rodzeństwa. W ramach rozpisanego na pięć lat projektu Hic Sunt Leones zamierza zjechać na nartach z najwyższych szczytów Ziemi. Swoje wyprawy organizuje samodzielnie, towarzyszą mu w nich starszy brat Grzegorz - ratownik górski i skialpinista, znany himalaista i operator kamery Dariusz Załuski oraz zakopiański fotograf i narciarz Marcin Kin.

MenStream.pl: Udało się nam pokazać, że to może być radosny sport, przyjemny i że to jest przygoda, a nie rzeź przeznaczona dla określonej, zamkniętej grupy ludzi - mówił Pan po ubiegłorocznym zjeździe z Shishapangmy. Rozumiem, że nie czuje się Pan spadkobiercą polskiej szkoły himalaizmu, który alpinista Wojciech Kurtyka nazwał kiedyś sztuką cierpienia?

Andrzej Bargiel: Jestem młodym człowiekiem, inaczej podchodzę sportu. Nie idę w góry dla wyników, bicia rekordów, żeby coś komuś udowodnić. Chcę czerpać z tego radość. Uczestniczyłem w wyprawach programu Polski Himalaizm Zimowy i przekonałem się, że to nie dla mnie. Ja używałem nart, reszta uczestników wyprawy nie. Współpraca się nie układała, bo poruszałem się zdecydowanie szybciej niż inni. A dzięki temu, że jestem szybszy, wyprawy nie kosztują mnie tyle zdrowia. Wolę szybko wejść i zjechać, niż siedzieć trzy miesiące w bazie czekając na okno pogodowe.

Pana wyprawy też trochę trwają, choćby ze względu na aklimatyzację.

Tak, ale aklimatyzować też można się szybko. Teraz, na Manaslu, zrobiliśmy to w 9 dni.

Jednak Pana brat nie zdobył szczytu, właśnie przez brak aklimatyzacji.

To prawda, ale mieliśmy cel nadrzędny - mój zjazd. Chcieliśmy to zrobić jak najszybciej, by był czas też na drugą górę, Cho Oyu. Niestety nie załatwiliśmy pozwolenia na wejście. Jednak plan wyprawy był układany pod to, bym ja pobił rekord. Wejście Grzegorza nie było naszym celem.

Andrzej Bargiel w drodze na szczyt. Zobacz nagranie z wyprawy:

Podczas wyprawy PHZ na Lhotse mógł Pan zdobyć szczyt, ale Artur Hajzer, kierownik ekspedycji i twórca programu Polski Himalaizm Zimowy, zarządził, że się wycofujecie, z uwagi na resztę ekipy. Miał Pan poczucie niedosytu?

Podczas obu wypraw PHZ, w których uczestniczyłem, miały miejsce takie sytuacje. Na Lhotse okazało się, że jeden Szerpa zginął, drugi się odmroził. Wtedy też stwierdziłem, że nie chcę brać udziału w takich wyprawach i ryzykować czyjegoś życia, by zrealizować swoje pomysły. Nie ma nic cenniejszego od życia. Postanowiłem się od tego odciąć. Byłem też wielokrotnie zapraszany na wyprawy zimowe, ale nie czuję tej idei.

Artur Hajzer namawiał Pana na zimową wyprawę na Broad Peak. Tę, która zakończyła się śmiercią Macieja Berbeki i Tomka Kowalskiego. Ten wyjazd to był szczyt marzeń wszystkich młodych alpinistów, a Pan odrzucał kolejne propozycje.

Po prostu stwierdziłem, że zupełnie mnie to nie kręci. Nie widzę w tym sportu. Normalny atak szczytowy trwa tydzień. Ciężko mi znaleźć przyjemność w przebywaniu tak długo na kilku tysiącach metrów. Ja zdobywam szczyty dużo szybciej, przez co nie odczuwam tak bardzo niekorzystnych przemian w organizmie związanych z wysokością. I idę do góry po to, żeby zjechać z nich na nartach. To przyjemne, szybsze i moim zdaniem bezpieczniejsze.

Czytaj dalej i dowiedz się, jak Andrzej Bargiel zdobywa pieniądze na swoje wyprawy


rozmawiała Anna Anagnostopulu

rozmawiała Anna Anagnostopulu | 13.10.2014

Udostępnij

Najnowsze galerie