Przemysław Ciszak | 11.08.2014

Co łączy polską sztukę z religią Hitlera?

Co łączy polską sztukę z religią Hitlera? Robert J. Kudelski ujawnia historię zaginionego dzieła Rafaela
[fot: Archiwum prywatne Roberta J. Kudelskiego]

Lata 1944 i 1945 były kluczowe dla jego śledztwa. To wówczas po Dolnym Śląsku krążyły ciężarówki wyładowane nieoznakowanymi skrzyniami, a po nocach, na bocznicach torów kolejowych przepinane były tajemnicze wagony z cennym ładunkiem. To tu miały zostać ukryte zrabowane dzieła sztuki, wśród których znajdywały się najcenniejsze obrazy z okupowanej Polski. Był wśród nich również Portret młodzieńca Rafaela Santi, perła kolekcji Czartoryskich. Do dziś nie odnaleziono około 516 tysięcy zabytków o łącznej wartości przekraczających 500 milionów przedwojennych złotych. Zaginął również bezcenny obraz Rafaela. Czy został skradziony? Czy w ogóle istnieje i ile dziś może być wart? Po kilkunastu latach śledzenia dokumentów i sprawdzania różnych tropów Robert J. Kudelski ujawnia sensacyjną historię zaginionego dzieła i jedną najbardziej tajemniczych zagadek II wojny światowej.

MenStream.pl: W najnowszej książce Zaginiony Rafael udowadnia Pan, że w okresie rządów Adolfa Hitlera sztuka urosła do rangi religii. Aby przynależeć do nazistowskiej elity należało wykazać się stosowną kolekcją?


Zaginiony Rafael, Robert J. Kudelski
Książka ukazała się pod patronatem
MenStream.pl
Robert J. Kudelski:
O tak! Przecież Adolf Hitler był niedoszłym artystą-malarzem, który próbował studiować na Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu. Nigdy nie został tam przyjęty. Malował pocztówki i drobne krajobrazy. W tamtych czasach czuł się niedoceniony. Kiedy został kanclerzem, ta pasja do sztuki i zamiłowanie do malarstwa wciąż w nim tkwiła. Wtedy wreszcie zdobył władzę i pieniądze i mógł realizować swoje kolekcjonerskie marzenia.

Wiadomo też, że istnieje pewien schemat - szef wyznacza trendy. Dlatego za jego przykładem poszli kolejni. Kiedy jego podwładni zorientowali się, że sztuka ma dla Hitlera tak wielkie znaczenie, znaleźli sposób, aby się przypochlebić. Początkowo obdarowywany był legalnie kupionymi dziełami, zamawianymi na specjalne życzenie, później prezenty pochodziły ze zrabowanych kolekcji. Wreszcie sami spostrzegli, że skoro mają w okupowanych krajach na wyciągnięcie ręki wartościowe zbiory, zaczęli z tych dobrodziejstw korzystać. Wystawiali je na aukcje, sprzedawali na czarnym rynku, wręczali jako łapówki. Poza tym gdyby przyszło im gościć Fuhrera w swoich majątkach należało pochwalić się jakimś cennym nabytkiem. Tak sztuka stała się niemal religią nazizmu, ale i kluczem do zamkniętego kręgu dygnitarzy. Fascynacja dziełami sztuki szybko stała się modą wśród hitlerowców.

Goebbels, Himmler, Göring, Ribbentrop, Borman, Speer i wielu kolejnych polowało na dzieła sztuki. Bardziej ze sobą współpracowali czy rywalizowali?

Raczej rywalizowali o te najcenniejsze skarby. Nie była to jednak równa walka. Na tym polu dominowały dwie, może trzy osoby. Na pierwszym planie oczywiście Hitler, obok Göring, który wszelkimi dostępnymi metodami starał się zdobyć jak najwięcej cennych obiektów. Inni, jak Himmler polowali na różne artefakty, jak kolekcje broni czy włócznia św. Maurycego. Liczył się jeszcze Alfred Rosenberg, ale właściwie dzieła trafiały do niego jedynie przejściowo.


Adolf Hitler wręcza Hermanowi Göringowi z okazji urodzin obraz
Hansa Makarta Die Falknerin, 12 stycznia 1938 roku.
Fot. Zdjęcie pochodzi z książki Roberta J. Kudelskiego Zaginiony Rafael.
Podobno już w latach 30. morderstwo, zdrada, podstęp i inne nielegalne metody mające na celu kradzież dzieł były częstym procederem.

Zwłaszcza dzieła tak zwanych Starych Mistrzów były obiektem pożądania każdego muzealnika, czy prywatnego kolekcjonera. Wiadomym było kto je posiada. Otaczające je aura podsycana przez propagandę i ideologię nazizmu powodowała, że dla zdobycia dzieł Rubensa, da Vinci, van Dycka gotowi byli zrobić wszystko. Nie wahano się dokonać napadu, czy nawet morderstwa. Takich spraw w ówczesnych Niemczech było wiele.

Zmiana prawa pozwalała w pierwszej kolejności na rekwirowanie dzieł sztuki od żydowskich kolekcjonerów. Środków nacisku było więcej. Jeśli nie było paragrafu, czasem wystarczyło zastraszanie, szantaż. Żydzi próbowali też majątkiem zagwarantować sobie, lub rodzinie wolność, albo życie więc podpisywali dokumenty przekazania, czy sprzedaży cennych kolekcji. Kiedy te metody zawiodły, pozostało pospolite zabójstwo.

Przestępcze działania w końcu zinstytucjonowano. Pisze Pan o kliku odrębnych organizacjach, podlegających różnym dygnitarzom - zajmujących się tak zwanym zabezpieczaniem dzieł sztuki.

Po Anschlussie Austrii bezceremonialnie zagarnięto z Wiednia cenne dzieła sztuki. Schemat powtarzał się w każdym z okupowanych krajów. Jednak już na terenie Polski grabież przybrała olbrzymią skalę. Do jej przeprowadzenia oddelegowano kilkanaście struktur wspieranych przez służbę bezpieczeństwa, wojsko i policję. Po pretekstem zabezpieczania dziedzictwa, dzieła sztuki trafiały w ręce nazistów i były wywożone do Berlina, a tam były dzielone według wpływów i potrzeb.

Czy prawdą jest, że Niemcy jeszcze przed wojną wysyłali ekspertów m.in. do Polski w celu przyjrzenia się zbiorom, które w przyszłości powinny znaleźć się w rękach nazistów? Czy jest to jedna z wielu teorii spiskowych II wojny światowej?

To, że historycy zawczasu zaplanowali podział dzieł sztuki w Polsce, to jedna z wielu sensacyjnych opowieści. Nie dawałbym jej wielkiej wiary. Gdyby tak było, oznaczałoby to, że nawet historycy sztuki byli wprowadzeni w plany podboju świata przez Hitlera. Wiemy jednak, że tego typu decyzje zapadały miesiące przed wybuchem wojny. Ekspansja na taką saklę nie była zaplanowana wcześniej, w głowie Hitlera być może, ale nie wśród jego ludzi, w sztabie, w innych instytucjach. Nawet armia była przecież zaskoczona decyzją Fuhrera o szybkiej mobilizacji i ataku.

Naziści jednak wykorzystali wiedzę niemieckich muzealników o zbiorach poszczególnych krajów, muzeów, czy prywatnych kolekcji. Po wybuchu wojny, owszem powołano specjalne komisje złożone z historyków sztuki, których celem było wskazywanie tych obiektów, kolekcji na terenach okupowanych, które powinny zostać przechwycone.

Dziwi fakt, że mimo tego nazistowskiego uwielbienia dla sztuki, wiele unikatowych prac zostaje zwyczajnie zniszczonych. Przywołuje Pan zdarzenie z 20 marca 1939 roku, kiedy ponad tysiąc obrazów i rzeźb oraz blisko cztery tysiące akwarel i grafik spalono w ramach ćwiczeń praktycznych na dziedzińcu głównej siedziby berlińskiej straży pożarnej. Skąd ta niekonsekwencja?

Naziści wprowadzili kategorię sztuki zdegenerowanej. Hitler podczas jednych ze swoich ognistych przemówień obwieścił - prawdopodobnie w zemście wymierzonej swoim niedoszłym kolegom-artystom - że nie będzie tolerował sztuki niedokończonej. Chodziło mu o impresjonistów i wszelkich nowatorskich modernistów. Tak więc najpierw zabroniono wystawiania takich dzieł, a wreszcie regulowano twórczość.

Jednak organizowano wystawy sztuki zdegradowanej, jak choćby tę w Monachium z 1937 roku, czy w kolejnym roku w Salzburgu.

Zarekwirowane zbiory tego typu w dużej część zwyczajnie niszczono, inne wywożono, a te najcenniejsze sprzedawano na aukcjach. Niemcy mieli świadomość, że prace te mają wartość materialną. Te, których nie dało się spieniężyć prezentowano jako wystawy okropności, wykorzystując je do propagandy i udowadniani wyższości sztuki germańskiej społeczeństwu Niemieckiemu.


Goebbels na wystawie sztuki zdegradowanej w Monachium w 1937 roku.
Fot. Bundesarchiv/CC-BY-SA-3.0-de


Co bardziej cwani, którzy znali się na sztuce, jak choćby Göring, nabywali je za bezcen. Ten znając ich wartość miał w swoim posiadaniu wiele dzieł impresjonistów. Handlował nimi, wymieniał na dawnych mistrzów. Coś, co miało pójść do zniszczenia, albo w zapomnienie w ciemnych magazynach, było środkiem bo budowania własnego majątku. Ironią losu, dziś za te oddane, sprzedane dzieła impresjonistów uzyskałby pewnie większe kwoty niż za starych malarzy, których był wielkim fanem.

Ciekawe, że obecnie za największą zbrodnię nazistów uznaje się zniszczenie prac Picassa, Kokoschki, Muncha, Kandyńskiego czy Chagalla, podczas gdy tzw. dawni mistrzowie przestali być największym obiektem pożądania.

Wydaje się, że świat inaczej dziś odbiera sztukę. To sprawa trendów, mody. Poszukuje się dzieł bardziej ze względu na walory estetyczne, czy wręcz dekoracyjne i sięga po tych współczesnych twórców. Stąd ich cena. dawni mistrzowie mają wielką wartość, ale przegrywają z tymi młodszymi.

Hitler podobno upodobał sobie dzieła niemieckich malarzy, a szczególnie Durera. Z kolei Generalny Gubernator okupowanych ziem polskich - Hans Frank - polskimi dziełami sztuki ozdabiał swoje biura i rezydencje. Czy rzeczywiście wszyscy oni byli takimi koneserami sztuki?

W większości przypadków kompletnie nie znali się na sztuce, chociaż mieli bardzo dobre wykształcenie. Za konesera wśród hitlerowskich dygnitarzy mógł uchodzić jedynie Göring, który wychował się wśród arystokracji i potrafił docenić sztukę. Wielokrotnie podkreślał, że jest człowiekiem renesansu, ale i jego kolekcja była chaotyczna. Zwyczajnie zbierał wszystko, co miało jakąkolwiek wartość materialną. Kiedy jeden z historyków sztuki zobaczył zalążki kolekcji Hitlera, był wręcz zdegustowany. To był przypadkowy zbiór obrazów. Dopiero pomoc dyrektora galerii drezdeńskiej - Hansa Posse - przyczyniła się do stworzenia zapierającej dech w piersiach kolekcji. Wśród zrabowanych arcydzieł, liczonych w tysiącach, przeważali twórcy niemieccy, których wódz cenił ponad wszystko - w ten sposób w ręce Hitlera wpadły szkice rysunki Durera z Muzeum Lubomirskich.

Hans Frank kompletnie nie miał gustu, wytykali mu to nawet inni nazistowscy urzędnicy. Zagarniał po prostu wszystko co mu się podobało, a oceniał wartość artystyczną dzieła po cenie jaką mu za nie proponowano. Im bardziej chciano je od niego przejąć, im bardziej zależało innym na danym eksponacie, tym bardziej on chciał pozostawić je dla siebie.


Dr Hans Posse miał za zadanie stworzyć kolekcję godną Fuhrera.
Fot. Bundesarchiv/CC-BY-SA-3.0-de
Wspomniany przez Pana dr Hans Posse, wysłannik Hitlera, który na potrzeby muzeum w Linzu przeszukiwał polskie zbiory, twierdził, że nie znalazł zbyt wielu obiektów godnych uwagi w Rzeczpospolitej. Skąd ta niska ocena? Przecież polscy władcy: Zygmunt August, Władysław IV Waza, czy Stanisław August Poniatowski, ale i arystokracja tworzyli słynną kolekcję sztuki. Rzeczywiście była tak marna, czy Posse nie potrafił jej docenić?

Z całą pewnością historycznie nie była marna. To, co było spuścizną królów z XVI-XVII wieku było bardzo cenne. Jednak wiele z tego dorobku nie przeszło na własność narodu, pozostając w rękach spadkobierców i arystokracji. Część z królewskich zbiorów padła łupem zaborców, jak choćby carycy Katarzyny. To, co się posiadaliśmy przed wojną dla Niemców nie przedstawiało tak wielkiej wartości.

Najcenniejszą kolekcją była ta należąca do Czartoryskich, a w niej prace wielkiej trójki: Da Vinci, Rembrandta i Rafaela. Cóż z tego, że tych Rembrandtów mieliśmy, stulecia temu, co najmniej kilku, a jeden z naszych władców osobiście poznał mistrza, skoro lata zaborów, powstań i wojen spowodowały jej zubożenie. Niestety przyczynili się do tego również nasi możni, jak choćby Tarnowscy z Dzikowa, którzy reperowali swoje majątki wyprzedając dzieła sztuki. To oni oddali słynnego Rembrandta Jeździec polski, ale i Czartoryscy próbowali pozbyć się Rafaela.

Wspomniał Pan o wielkiej trójce: Damie z gronostajem, Krajobrazie z miłosiernym Samarytaninem i perle kolekcji Czartoryskich Portrecie młodzieńca. Dwa pierwsze choć skradzione w 1939 roku powróciły po wojnie do Krakowa. Rafael przepadł.

Tak, obraz da Vinci służył jako dekoracja wawelskiej rezydencji Hansa Franka, następnie został wywieziony wgłęb Rzeszy, skąd w 1946 roku powrócił do Krakowa. Rembrandta odzyskaliśmy właściwie tylko dzięki staraniom Karola Estreichera i po wojnie rewindykowany wrócił do Muzeum Czartoryskich. Rafael to zagadka historii, której rozwiązania do dziś nie znamy. Rodzi się niesamowita intryga, którą staram się w książce rozwikłać, opisując jak do tego doszło.

Swoje śledztwo bardzo szczegółowo Pan udokumentował, same przypisy stanowią dwadzieścia procent książki. Ile czasu zajęło Panu prześledzenie losów Portretu młodzieńca Rafaela Santi?

Żeby wyjaśnić tę sprawę należało się wgłębić we wszystko, co na ten temat napisano, zanotowano, udokumentowano. To chyba najmocniejsza część tej książki. Spekulacje, latami pojawiające się tropy, hipotezy i relacje świadków powodowały prawdziwy zamęt w tym śledztwie. W 2004 roku napisałem książkę Tajemnice nazistowskiej grabieży polskich zbiorów sztuki, w której spory rozdział poświęciłem temu obrazowi. Sprawa mnie pochłonęła, a materiały w sumie zbierałem przez kilkanaście lat. W końcu trzeba było krok po kroku przeanalizować każdą ścieżkę.

Kluczowy dla Pana śledztwa wydaje się rok 1944, kiedy dzieła trafią na Dolny Śląsk i są ukrywane w Sichowie, Morawach i Cieplicach. Kiedy właściwie ślad się zaciera?

1944 zaczyna się ostatnia odyseja polskich zbiorów - ich wędrówka. 1945 rok to czas, kiedy trop po wielu z nich się urywa. Z Rafaelem sprawa jest jeszcze bardziej zawiła, bo przez lata obrazu nie było na terenie Generalnego Gubernatorstwa, ale leżał w sejfie Deutsche Banku w Berlinie. To jest problem, bo tego dzieła od 1939 roku do 1943 nikt na Wawelu nie widział. Kiedy trafił w ręce Hansa Franka i jego urzędników nie był specjalnie hołubionym dziełem - nie znali tego obrazu, nie byli w stanie go docenić. To wpływało na to, w jaki sposób się nim opiekowano pod koniec wojny. Sprzeczne zeznania urzędników, liczne niedopowiedzenia, przekonanie, że zaginął gdzieś w drodze świadczyły, że nie mieli pojęcia jakiego formatu dzieło znajdywało się w ich rękach.

Kradzież, morderstwo, zmowa milczenia. Na kolejnej stronie przeczytasz o powojennych poszukiwaniach Rafaela

Przemysław Ciszak | 11.08.2014

Udostępnij

Najnowsze galerie