2014-06-30 06:25:00

Wygrał w Monte Carlo, ale nie może zabalować

1/6
Tak się cieszył Kuba Giermaziak po wygraniu wyścigu w Monako.
fot: VERVA Racing Team
Następne

Ten sezon rozpoczął bardzo dobrze - wygrał dwa z trzech wyścigów i objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej, ale co ważniejsze tryumfował na legendarnym torze w Monako. W najbliższy weekend, w kolejnej rundzie Porsche Supercup będzie się ścigał na słynnym torze Silverstone, gdzie rywalizują także kierowcy Formuły 1. Kuba Giermaziak przyznaje, że już od dwóch, trzech latach ma apetyt na to by zdobyć puchar, ale wie, że wystarczy jedna awaria w trakcie sezonu, by pokrzyżować te ambitne plany. W rozmowie Menstream.pl mówi też o tym dlaczego wyścig w Monte Carlo jest niezwykły oraz co najbardziej doskwiera kierowcom podczas wyścigów 24-godzinnych.

Menstream.pl: Wygrał Pan niedawno wyścig w pucharze Porsche Supercup, na słynnym torze ulicznym w Monte Carlo. Jakie to uczucie stanąć na pierwszym miejscu podium w Monako?

Kuba Giermaziak, kierowca wyścigowy: Uczucie jest niesamowite. Ścigam się już długo, bo w sumie 16 lat, i muszę przyznać, że to był jeden moich najbardziej stresujących wyścigów. Szczególnie przed startem, bo to zwycięstwo było nam - mnie i ekipie VERVA Racing Team - bardzo potrzebne. Poprzedni sezon był dla mnie taki w kratkę, zająłem nawet drugie miejsce w Monako, ale, jak to się mówi - drugi jest pierwszym przegranym.

Monte Carlo to miejsce, które znam bardzo dobrze i lubię się tam ścigać. To jest jeden z takich torów, na którym jazda nigdy się nie nudzi. Każdy z kierowców marzy, żeby się po nim przejechać.

Dla kierowców to jest kultowy tor?

Absolutnie tak - wielu zawodników zazdrości samego faktu ścigania się tam, nie mówiąc już o zwycięstwie. Powodem jest to, że bardzo mało serii wyścigowych organizuje tam zawody.

No właśnie, ten tor to tak na co dzień zwykłe ulice, którymi jeżdżą mieszkańcy księstwa.

To prawda, dlatego przygotowania do wyścigów zajmują dość sporo czasu, na przykład budowanie trybun dla kilkudziesięciu tysięcy widzów zaczyna się już dwa miesiące przed weekendem wyścigowym. Co ciekawe, od czwartku, gdy zwykle zaczynają się pierwsze jazdy, przez wszystkie kolejne dni, kiedy rozgrywane są wyścigi aż do niedzieli, tor jest wieczorami otwierany dla zwykłego ruchu. Można więc sobie przejechać trasę wyścigu, tyle, że w dużo wolniejszym tempie.

W Monako ścigają się także kierowcy Formuły 1. Dla nich wytyczany jest inny tor po ulicach Monte Carlo?

Nie, jadą taką samą trasą. To jest zresztą bardzo ciasny tor dla wszystkich kategorii wyścigów - najwęższy ze wszystkich w sezonie. Nawet dla takich samochodów jak porsche, czyli najbardziej zbliżonych do zwykłych aut drogowych, jest tam bardzo ciasno. My osiągamy prędkości rzędu 240-250 km/h, a co dopiero mówić o Formule 1, gdzie bolidy dobijają do 300 km/h i są też dużo szybsze na zakrętach.

Mimo tego na torze w Monako różnica czasu między naszą kategorią a F1 jest najmniejsza.

Czyli w Monako zbliża się Pan do osiągów kierowców z F1?

Tak, choć różnica nadal jest dosyć spora. Może to zabrzmi nieskromnie, ale mówi się, że w Monako albo ktoś jest szybki, albo wolny. Nie mają tak wielkiego znaczenia: samochód, pogoda i inne warunki. Albo się tam umie szybko jeździć, albo nie.

To zresztą widać po kierowcach startujących w innych kategoriach juniorskich - jeśli potrafią być szybcy w Monte Carlo w wolniejszych samochodach, to jeśli pójdą do Formuły 1 to zazwyczaj nadal potrafią na tym torze pokazać kwintesencję swoich umiejętności.

A to, że w Monako ściga się po zwykłych na ulicach sprawia Panu jako kierowcy jakąś różnicę - oczywiście w porównaniu do jeżdżenia na torach stricte wyścigowych?

Z technicznego punktu widzenia różnica jest taka, że ze względu na jeżdżące po nim zwykłe samochody, jest na nim więcej pyłu z opon. To sprawia, że z dnia na dzień staje się coraz szybszy - i to znacznie bardziej od innych torów. Jest taka zależność, że im więcej aut, także wyścigowych po nim jeździ, tym więcej tzw. wyścigowej gumy jest nanoszone na nawierzchnię. Dlatego po każdym kolejnym dniu zawodów musimy coraz szybciej hamować i coraz wcześniej dusić gaz.

Takiego zjawiska nie ma na innych torach?

Jest, ale w mniejszym stopniu niż w Monako. Tu nie mogę sobie pozwolić na to, żeby przestrzelić hamowanie. Jeżeli zahamuję o pięć metrów za późno, to po prostu walnę w bandę. Na normalnym torze przed barierami są jeszcze trawiaste pola i piasek - tu tego brak.

W trakcie treningu w Monte Carlo przy wejściu w zakręt dwa razy uderzyłem w bandę, na szczęście na tyle lekko, że mogłem jechać dalej. Podczas kwalifikacji też mi się zdarzyło dotknąć ściany, ale zdobyłem pole position. Jedziemy po prostu na tyle blisko barier, że liczy się każdy centymetr i takie błędy mogą się zdarzyć każdemu kierowcy.

Auto wyszło cało z tych opresji?

Na tyle, że dotrwało do końca wyścigu.

Te trudniejsze warunki do jazdy wymagają od Pana większej uwagi, więcej wysiłku?

Nie możemy sobie pozwolić na żaden błąd. Na normalnym torze, podczas treningu sprawdza się wejście w zakręt w ten sposób, że przejeżdża się go trochę za szybko. Wtedy kierowca wie, ile musi spuścić z tonu, żeby optymalnie pokonać wiraż. Na takim torze jak w Monako, dochodzenie do tego wygląda inaczej. Małymi krokami - hamując po metr, pół metra dalej za każdym podejściem, dopiero dochodzę do perfekcyjnego przejazdu. Trzeba zrobić znacznie więcej prób, żeby zbliżyć się do ideału.

Podobnie wygląda kwestia walki o pozycję startową - na zwykłych torach wystarczają dwa okrążenia by ustalić, kto jest najszybszy. W Monako bywa, że jeździmy nawet dziesięć kółek.

Musi Pan mieć więc stalowe nerwy...

Z nerwami, zwłaszcza bezpośrednio przed wyścigiem, jest trudno. Przed startem w Monako denerwowałem się niemiłosiernie, jak dzieciak, który ściga się pierwszy raz. Ostatnie pół godziny przed wyścigiem były najgorsze, ale kiedy już zapalają się światła i ruszamy nerwy znikają.

Na następnej stronie o tym,  czy między kierowcami wyścigowymi jest możliwa przyjaźń

rozmawiał Bartosz Wawryszuk

rozmawiał Bartosz Wawryszuk | 30.06.2014

Udostępnij

Najnowsze galerie