Andrzej Zwoliński | 14.07.2014

Polak walczył dla króla Tajlandii i wygrał

Polak walczył dla króla Tajlandii i pokonał wszystkich. Rafał Simonides o Muay Thai
[fot: Archiwum prywatne]

- Tajowie są bardzo mądrymi nauczycielami. Jeżeli widzą, że słuchasz, poprawiasz błędy i robisz postępy, to zaczynają traktować takiego zawodnika jak swojego - opowiada Rafał Simonides, który jako jedyny Polak wywalczył tytuł mistrza świata w Muay Thai. Boksowi tajskiemu, narodowemu sportowi Tajów, poświęcił całe życie. Nam pokazuje też drugą, jeszcze ostrzejszą stronę Tajlandii i jej stolicy Bangkoku. - Na ulicy nie zobaczysz całującej się pary, a jednocześnie Tajlandia, a szczególnie Bangkok słyną z trzeciej płci, tak zwanych ladyboys - opowiada.

MenStream.pl: Biały, Europejczyk, Polak zostaje Mistrzem Świata w sztuce walki na wskroś azjatyckiej - Muay Thai - będącej narodowym sportem w Tajlandii. Jak to w ogóle możliwe?

Rafał Simonides: Moja droga w Muay Thai zaczęła się dość zaskakująco, ale od małego miałem w sobie zacięcie nie tylko do sportu, ale właśnie do sztuk walki, ostrej rywalizacji. Na początku to było zwykłe kopanie piłki na podwórku i powtarzanie w parku tego, co podpatrzyłem na filmach o karate.

Łamanie ławek i sparingi z koszami na śmieci?

Aż tak to nie, ale faktycznie moje zainteresowanie sztukami walki rosło, rosły też moje potrzeby, jeżeli chodzi o ruchowe wyżycie, sprawdzenie się. Tak trafiłem na Kung Fu. Już po pierwszym treningu prowadzący zwrócił na mnie uwagę. Mimo że byłem młodym chłopakiem - 13 lat - powiedział, żebym trenował z dorosłymi.

Naturalny talent do walki?

Bardziej umiejętność całkowitego zaangażowania się i poświęcenia treningom. Jak tylko zacząłem trenować, to stało się to moim głównym celem w życiu. On to po prostu zauważył. Nie dość, że ćwiczyłem codziennie w klubie, to do tego trenowałem w domu i jeszcze dużo biegałem. Poświęciłem temu cały wolny czas. Po trzech latach treningów stoczyłem pierwszą walkę i tak na prawdę wtedy poczułem prawdziwy smak pojedynku, tych emocji. To fantastyczne uczucie. Po tej wygranej walce były kolejne.

Cały czas mówimy o kung fu, a kiedy zaczęło się Muay Thai?

Gdy trenowałem kung fu, do Polski docierały pierwsze informacje o Muay Thai. Oglądaliśmy filmy, jakieś kopie relacji z pojedynków, wyszukiwaliśmy informacje w internecie. Postanowiłem spróbować. Jako że u nas nie było jeszcze zawodników Muay Thai, jeździłem na Słowację i na Białoruś. Tam to był już rozpowszechniony sport i organizowano turnieje, w których brałem udział. Kiedy powstało polskie zrzeszenie Muay Thai, było już znacznie łatwiej.

Jako jednemu z pierwszych, łatwo było chyba być najlepszym?

Faktycznie powygrywałem i Mistrzostwo Polski i Puchar Polski. Pojawiła się też moda na Muay Thai. Co chwile organizowano walki i różnego rodzaju zawody. Styl dość szybko się upowszechnił. Wygrałem nawet Puchar Europy w Niemczech.

Zaczęło brakować przeciwników na naszym podwórku?

Wtedy pojawiła się myśl, żeby spróbować w paszczy lwa, czyli w Tajlandii. To stało się dla mnie obsesją, marzeniem, żeby tam trafić i walczyć.

Spakował się Pan i poleciał do Tajlandii?

Nie było tak prosto i łatwo. Przede wszystkim nie miałem pieniędzy na podróż. Trochę pracowałem, a trener mnie dość mocno wspierał. Udało nam się zebrać pieniądze. Największym wyzwaniem było kupno biletu na samolot do Tajlandii, bo samo życie na miejscu jest dość tanie. Dziennie można przeżyć za kilka dolarów. Do tego byłem przyzwyczajony do spartańskiego życia i wiele nie potrzebowałem. Uzbierałem na bilet i na życie przez miesiąc w Tajlandii.

Poleciał Pan w ciemno?

Miałem jakieś adresy i telefony, ale była to wyprawa na kompletnego wariata. Trafiłem jednak na miejscu do jednego z kampów, w których za opłatą można trenować Muay Thai.

Tajlandia wchłonęła Pana?

Wtedy jeszcze nie. Atrakcje turystyczne, zwiedzanie, zabawa i imprezy dla mnie na początku w ogóle nie istniały. Wiedziałem, że te kilka tygodni, to dla mnie jedyna szansa, by się sprawdzić i pokazać, na co mnie stać. Tajowie są nie tylko bardzo otwarci na innych, obcych, ale też potrafią docenić, jeżeli widzą, że ktoś się stara, a do tego zaczyna mu wychodzić to, co robi. Trenerzy widzieli, że bardzo mi zależy, że wkładam to całe serce i szybko zwrócili na mnie uwagę. Powiedzieli mi, że mogę walczyć.

Rafał Simonides na ringu w Tajlandii:

Urósł Pan?

Nie. Było tak: trening, spanie, jedzenie, trening, spanie, jedzenie. I tak dzień w dzień przez kolejne tygodnie, aż do pierwszego pojedynku z Tajem.

Ciężko było?

Górował doświadczeniem i liczbą stoczonych pojedynków, ale teraz sobie myślę, że mnie zlekceważył. Dla niego to była jedna z wielu kolejnych walk, a dla mnie - pojedynek o wszystko. Stres był olbrzymi, ale postawiłem na jedną kartę. Walka była ciężka, pięć wyrównanych rund. Wreszcie wykorzystałem błąd przeciwnika. Okrężnym kopnięciem chciał mi zadać cios, zblokowałem go i trafiłem go prosto w odsłoniętą szczękę. Nokaut.

Minuta po tym, jak padł na podłogę, trwała wieczność. Gdy go ściągali z ringu, ja nie mogłem dojść do siebie z wysiłku, emocji i radości. Tajowie docenili bardzo to zwycięstwo, a zwłaszcza moją technikę. Morderczy trening, jakiemu wcześniej się poddałem, przyniósł efekty. Tak to już jest, że przesuwanie granic swoich możliwości podczas ćwiczeń procentuje w czasie walki. Poza tym miałem szczęście, bo na widowni siedzieli promotorzy i zainteresowali się moim nazwiskiem. Pojawili się potem w kampie i miałem umówione kolejne walki.

Nie było trochę tak, że dużą role odegrało to, że jest Pan Europejczykiem? Dla nich to było egzotyczne, że ktoś taki przyjeżdża do nich i próbuje walczyć w ich narodowej sztuce walki.

Tam funkcjonuje wielki Muay Thai biznes. Ludzie przyjeżdżają z całego świata i próbują wygrywać. Oni są przyzwyczajeni do obcych. Tajowie podchodzą do tego tak, że dzielą trochę zawodników na takich, którzy przyjeżdżają tam, by się podszkolić, sprawdzić się, ale za bardzo nie rokują i na tych, po których widać, że im bardzo zależy. Ja zostałem uznany za zawodnika, który stanie się częścią ich teamu i któremu warto poświęcić uwagę. Tajowie są bardzo mądrymi nauczycielami. Jeżeli widzą, że słuchasz, poprawiasz błędy i robisz postępy, to sprawia im to satysfakcję i zaczynają traktować takiego zawodnika jak swojego.

Jest Pan jedynym Polakiem, który walczył dla króla Tajlandii.

W 2006 roku, kiedy jeszcze król Bhumibol Adulyadej cieszył się dobrym zdrowiem. Gala walk z okazji urodzin króla to trzydniowe święto, największe w Tajlandii. Trudno porównać je z czymkolwiek w Polsce. Gala odbyła się w Bangkoku na placu Sa Nam Luan, położonym w zespole pałaców królewskich, przed 150 tysięczną publicznością. Ponadto obchody transmitowane były przez główną stację telewizyjną, co dało kilka milionów widzów. Walczyłem z zawodnikiem z Nowej Zelandii. Użyłem swojej ulubionej techniki - z użyciem łokci. Mój rywal miał na twarzy 23 szwy. Naszą walkę okrzyknięto najlepszym pojedynkiem gali.


Rafał Simonides jako jedyny Polak walczył dla króla Tajlandii.
fot. Archiwum prywatne zawodnika

Królowi się podobało?

Tego nie wiem, ale to, że on oglądał pojedynki, miało olbrzymią wagę. Tajowie mają szczególny stosunek do rodziny królewskiej. Portrety władcy są obecne na każdym kroku. Wszędzie napisy z słowem king. Możemy mówić wręcz o kulcie króla. On jest naprawdę nie tylko szanowany, ale wręcz kochany przez Tajów. To właśnie jemu kraj zawdzięcza wiele reform po II wojnie światowej, dzięki którym tak szybko się rozwinął. Grzechem największym, nawet chyba większym od posiadania narkotyków, jest obraza króla. Pewnej nocy turysta ze Szwajcarii upił się i pomalował sprejem portret króla wiszący w barze. Dostał karę 10 lat odsiadki.

Muay Thai jest brutalnym stylem walki. Co Pan sądzi o wciąganiu dzieci do walk i organizowaniu turniejów z ich udziałem? Ostatnio głośna była sprawa turnieju w Rawiczu, gdzie dzieciak znokautował drugiego dzieciaka.

To nie był turniej w Muay Thai tylko MMA. W Rawiczu organizatorzy nie spełnili podstawowych warunków bezpieczeństwa. Walka nie może odbywać się bez kasków i ochraniaczy. Poza tym różnica między walczącymi nie może być aż tak dramatyczna, jak to było widać. Tam po prostu jeden zawodnik ganiał za drugim. U nas to nie do pomyślenia. Muay Thai jest również dla dzieci. One nie mogą uderzać w głowę. Sam fakt, że uznani zostaliśmy przez Komitet Olimpijski, świadczy o tym, że dbamy o bezpieczeństwo walczących.

O Bangkoku, który pochłania, ladyboys, kulcie białej skóry, niebiańskich plażach i głaskaniu tygrysa, czytaj na drugiej stronie.

Andrzej Zwoliński | 14.07.2014

Udostępnij

Najnowsze galerie