2014-10-27 06:26:00

Saleta nie współczuje robotnikom

1/5
Praca snajpera to coś, czym Przemysław Saleta mógłby się zajmować.
fot: National Geographic Channel

W życiu nie miał lekko, mimo to robotnikom nie współczuje. Gdyby trzeba było, poszedłby na wojnę zginąć za kraj i rodzinę. Zwłaszcza gdyby mógł zostać snajperem, bo tego typu praca w wojsku kręci go najbardziej. W wywiadzie dla MenStream.pl Przemysław Saleta zdradza kulisy powstawania serialu dokumentalnego Najcięższe zawody i zabiera stanowisko w konflikcie między Dariuszem Michalczewskim a prezesem producenta Ciechana w sprawie mniejszości seksualnych.

MenStream.pl: Jaki jest najcięższy zawód świata?

Przemysław Saleta: Dla mnie - praca w odlewni metalu. Choć nie potrzeba tu jakiegoś nadludzkiego wysiłku fizycznego, to ogólne warunki są straszne. W najchłodniejszym miejscu hali jest pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Przy piecach już 68. A i tak pracujesz w grubym ubraniu, żeby się nie poparzyć. Wszystko trzeba robić odpowiednio szybko, bo jak metal zastygnie w połowie pracy, to jest problem. W dodatku ludzie tam zatrudnieni muszą się uwijać, bo pracują na akord. Im więcej zrobią, tym więcej zarobią.

Nie wygląda to jak wymarzona praca.

Może nie, ale jeżdżenie po różnych fabrykach uświadomiło mi, że w każdym zawodzie są pasjonaci, którzy nie zamieniliby tego, co robią, na nic innego. Nawet jeśli to praca w odlewni albo tysiąc metrów pod ziemią w kopalni.

Było takie zadanie, które dało Panu trochę radochy?

Bardzo podobało mi się przy wycince drewna, bo to czysto wysiłkowe zadanie, które mogłem potraktować trochę jak trening.  Gdy w ciągu godziny załadowałem na ciężarówkę cztery tony metrowych kawałków drewna, to poczułem ten przyjemny rodzaj zmęczenia, który odczuwam  też po treningu.

Z kolei najciekawsza była praca snajpera w wojsku. Z jednej strony to ciężka fizyczna harówka, bo biegałem po lesie w pełnym rynsztunku, z karabinem maszynowym i karabinkiem snajperskim, w niewygodnej, pochylonej pozycji - żeby ukryć się przed przeciwnikiem. Z drugiej jednak takie podchody to potężny zastrzyk adrenaliny.

Mógłby Pan to robić całe życie?

Nie wiem, czy całe życie, ale po kilku dniach treningu wciągnąłem się. Lubię takie zajęcia, w których cały czas coś się zmienia i trzeba się dostosowywać do nowych warunków. Tych kilka dni na poligonie dało mi szansę na taką zabawę. Może za wyjątkiem momentu, kiedy musiałem wcielić się w czołgistę. To jednak praca nie dla człowieka z moimi gabarytami.

Prawdopodobnie jednak codzienne obowiązki snajpera nie są tak ciekawe, jak atrakcje, które przygotowała dla Pana ekipa programu.

Niekoniecznie. Żeby zostać dobrym snajperem potrzeba pięć lat nauki. Dzień w dzień. Jedna rzecz to obsługa broni, a druga - cała szeroka wiedza z zakresu balistyki. Kiedy strzelasz do celu oddalonego od ciebie ponad kilometr, musisz uwzględnić, co stanie się z pociskiem w czasie lotu. Mieć na uwadze warunki pogodowe, siłę wiatru. Do tego dochodzi technika maskowania się i tropienia. Tak więc jest czego się uczyć.

Gdyby powtórzył się u nas scenariusz z Ukrainy, poszedłby Pan na wojnę?

Oczywiście że tak. Co prawda nie jestem zapalonym militarystą, ale w przypadku obrony ojczyzny albo rodziny nie wahałbym się ani chwili.

Nawet jeśli miałby Pan zginąć?

Do śmierci mam specyficzne podejście. Wiele lat uprawiałem zawodowo sport wysokiego ryzyka, teraz ścigam się na motocyklach. Lubię adrenalinę. Oczywiście nikt nie chce umrzeć jutro na ochotnika, ale śmierć nie jest czymś, co mnie przeraża.  Lepiej umrzeć jak lew niż żyć jak owca, jak to mówią.

Na następnej stronie czytaj, ile praca na planie miała wspólnego z normalnymi obowiązkami robotników i jak traktowali Przemysława Saletę współpracownicy

Tomasz Sąsiada

Tomasz Sąsiada | 27.10.2014

Udostępnij

Najnowsze galerie